Co mi zrobił Miś Kuleczka.

Chciałam pociągnąć jeszcze trochę temat szkoły rodzenia. Bo mimo, że to temat bardzo spersonalizowany (no cóż, nie każdy z nas jest kobietą w pierwszej ciąży) wiąże się on z ogólnym rozwojem człowieka i jego świadomości.

Czy pójdziesz na szkołę rodzenia, czy noc biologów, czy warsztaty modelarstwa czy podstawy fotografii – czegoś się nauczysz i rozwiniesz się. W ogóle to jest piękne, że gdy tylko wyjdziesz z domu możesz się tak wiele nauczyć! Kochamy leniuchować, wiadomo, ale o ile życie jest bogatsze kiedy się rozwijasz.

Bardzo mi się podoba koncepcja warsztatów w ogóle. Praktyczne zajęcia, na które chodzisz dobrowolnie i temat tak Cię interesuje, że tych kilka godzin mija i nie zauważasz kiedy. Jednym z takich warsztatów jest szkoła rodzenia. Jako, że temat mnie ostatnio żywo interesuje, wręcz pochłania, przez te kilka tygodni od zapisu do realizacji nie mogłam się doczekać. I wiecie co, całe szczęście, że mam fajnego męża, bo on też nie mógł się doczekać. Zgodnie ze swoim sumieniem, gdyby On nie chciał uczestniczyć, na pewno bym go nie zmuszała. Nie ma nic gorszego niż zmuszanie faceta (w ogóle zmuszanie innej osoby lub manipulacja jest obrzydliwie nie fair). Zmuszanie. Muszę napisać o tym osobny tekst. Brrrr.

Wracając do tematu – oboje z M. doczekać żeśmy się nie mogli, bo ulepiono nas z tej samej gliny i każdy temat lubimy dokładnie badać. A tutaj nie ma żartów bo porody, połogi i dzidziusie. Robiąc dokładny research (który był na mojej głowie) wybrałam spośród wielu ofert Misia Kuleczkę. Głównym powodem był fakt, że zajęcia odbywały się obok nas – i to przy szpitalu w którym postanowiliśmy rodzić. Spodziewaliśmy się zagadnień – nie trudno się domyślić. Jak rozpoznać, że dzidzia już chce wyjść na świat? Jak karmić? Kąpać? Przewijać?

Pan Miś Kuleczka (a właściwie dwie fajowe kobietki) jednak nie poprzestał na tym żebyśmy technicznie wiedzieli jak nie skrzywdzić własnego noworoda. Szczerze? Metodą prób i błędów nawet największa patologia w końcu do tego dojdzie. Miś Kuleczka proponował jak to wszystko robić z szacunkiem do naszego małego człowieka. Do OSOBY, którą się mamy opiekować, a nie do naszej własności/zabawki, która wydaje z siebie dźwięki (i ciecze przeróżnej barwy i konsystencji).

To sprawiło, że od razu poczułam, że nie zmarnowałam ani złotówki. Pokrywało się to z moim wyobrażeniem na temat prawidłowych relacji międzyludzkich. Druga kwestia, to przepiękne podejście do tematu roli taty. Każdy mężczyzna, który tam był na pewno nie ma już najmniejszych wątpliwości jak bardzo jest potrzebny i jakim olbrzymim może być wsparciem dla kobiety przy porodzie i potem przy opiece nad latoroślą. Aż się poczułam zazdrosna!

Nie no, tak serio, to nawet ja nie wiedziałam, że mężczyzna może aż tyle pomóc. I na zajęciach wszyscy się dowiedzieliśmy jak. Myślałam, że jak są cycy to tutaj facet nie ma nic do powiedzenia. A guzik prawda! ON może przynieść Ci sto poduszek. Podać dziecia. Sprawdzić od dołu czy dzieć prawidłowo zassał. Znając mojego – będzie on chciał zrobić „technicznie możliwie najlepsze warunki do najwydajniejszego ciągu”. I tak dalej i tak dalej.

Co mi dały zajęcia?

Poza rzetelną wiedzą dotyczącą kwestii związanych z zapewnieniem fizjologicznych potrzeb mojego maleństwa – spokój. I to przez duże S. Po pierwsze – wiem, że mąż wie co ma robić gdyby to a tamto mi się działo albo dziecku. Wiemy jak sobie pomóc lub gdzie jechać po pomoc. Wiem dokładnie jak przebiega poród i w ogóle przestało to być dla mnie straszne. Nie dała mi tego żadna z książek ani tym bardziej stron internetowych. Żadna – nawet najbardziej rzetelna. Ostatnio polecałam książkę „W oczekiwaniu na dziecko” Heidi Murkoff. Mimo, że wszystko tam jest dobrze opisane, bez straszenia, nie umywa się do sytuacji kiedy żywa położna przed Tobą, która widziała milion porodów (w Twoim mieście, w szpitalach do których czasem trafiasz z tego czy innego powodu) mówi Ci kiedy będziesz miała najwięcej siły do działania, a kiedy będziesz potrzebować odpoczynku i jaki ból będzie towarzyszył Twoim stanom. I jak mężczyzna może Ci pomóc. I że jeśli dasz sobie pomóc, a On będzie wiedział co robić, to będzie to nie armagedon tylko cud narodzin. Rodzinnych.

Co ciekawe, Miś Kuleczka organizuje również inne warsztaty związane z relacją dziecko-rodzice, nie tylko szkołę rodzenia. Miałam przyjemność uczestniczyć w takich warsztatach można powiedzieć uzupełniających („Będziemy mieli dziecko – czy damy radę?”), zatrzymujących się na kwestiach psychiki niż opieki. Wiem, że lecimy z Misiem na tych samych falach, absolutnie zgadzam się z treściami, które szerzą. Tak bym chciała, żeby każdy rodzic, nauczyciel, przedszkolanka czy wychowawca wiedział o tych wszystkich kwestiach. I próbował wdrażać je w życie. Żebyśmy wszyscy, od małego nie byli krzywdzeni i wzrastali w świecie, gdzie te małe ludziki, zwane dziećmi są obdarzane szacunkiem i nie są zawstydzane, zastraszane…

Po warsztatach nabrałam większej świadomości dotyczącej zachowań dziecka (znikąd się one nie biorą, i niby to wiemy a jednak… oceniamy tylko skutki, bez patrzenia na przyczyny). Przetestowałam też siebie. I powiem Wam – bycie rodzicem/nauczycielem to najtrudniejsza sztuka na świecie. Próbujesz dobrze – a musisz ciągle domyślać się i zgadywać. I nikt Ci nie powie – „brawo, zgadłeś!”. Tylko jedziesz w ciemno do samego końca. 20 lat niepewności, a pewnego dnia dziecko odchodzi i albo zostaje Twoim przyjacielem, albo niechętnie odwiedzającym Cię gościem. Twój wybór – ale mówię Ci, kiedy zaczynasz uczyć się o dziecku, prawdopodobieństwo dobrego odgadnięcia potrzeb Twojego dziecka się zwiększa. A przede wszystkim zwiększa się, kiedy zaczynasz go słuchać.

Ten tekst nie jest w żaden sposób sponsorowany, jest raczej moim spontanicznym odruchem na fajne rzeczy, które się dzieją w naszych Katowicach. Pozdrawiam, Misiu Kuleczko!

1 Komentarz

  1. Hmmm…. Też tak mam ja i mąż… To nam zrobił Miś Kuleczka! dziękujemy za to, że stanął kiedyś na naszej drodze! Życzę powodzenia i radości w zgłębianiu tajników!

Dodawanie komentarzy zabronione.

© 2017 Muzykuj

Theme by Anders NorenUp ↑