Całe szczęście, że do Ciebie dochodzą sygnały o tym, że świat się nieustannie zmienia. Przez cały czas tworzą się nowe wynalazki, pomysły, technika idzie do przodu w takim tempie, że komputer, który kupiłaś wczoraj dziś jest już niemalże antykiem. NASA odkrywa nowe planety, a my powinniśmy odkrywać… nasze dzieci.  Przecież to one za jakiś czas będą tymi dorosłymi zmieniającymi rzeczywistość.

Po co to piszę? Dlatego że ja to wiem i Ty to też wiesz. Nie wiedzą natomiast o tym szkoły i przedszkola. Nie wie o tym ministerstwo edukacji. Który rodzic mi nie powie, że ma wrażenie, że reformy w szkolnictwie nie przeprowadza się na zasadzie loterii? Powiem Wam, że ja też tak potrafię. Piszę karteczki „zmiana podstawy programowej”, „wymiana wszystkich podręczników”, „stworzenie gimnazjum”, „usunięcie gimnazjum”, itp. a następnie wrzucam wszystko do słoika i co roku wyciągam sobie jedną.

I nie dziwię się, że rodziców bolą te ciągłe zmiany, bo one nic specjalnie nie wnoszą, wyciągają tylko pieniądze z portfela. A co, nie? Reforma szkolnictwa powinna się odbyć na zupełnie innych warunkach. To właściwie nie powinna być reforma a rewolucja. Jednak nie narzekam tu na Polskę, bo inne kraje również borykają się z tym problemem. Ciekawie opowiada o tym Ken Robinson w swoich wykładach czy też książkach.

No dobra po tym mglistym wstępie napiszę w końcu o co mi chodzi. Chodzi o nadążanie za światem. Za tymi wszystkimi nowinkami. Nie jesteśmy w stanie odnieść badań naukowych z dnia dzisiejszego do naszego życia, ale możemy skorzystać z tych, które zostały przeprowadzone niedawno, chociaż w ostatnim roku. Jedną gałęzią jest dorobek psychologii jeśli chodzi o mózg dziecka (łączonej z innymi naukami jak neurologia, biologia itp.). I o tym wszystkie posty dotyczące wychowania, edukacji. Drugą kwestią jest otaczający nas świat. Mam wrażenie, że dziecko przechodząc przez szkolną bramę wchodzi w archaiczną krainę, gdzie uczą dinozaury. Zabiera ze sobą ze współczesnego świata jedynie telefon, ewentualnie tablet. Co więcej, ono o tym tablecie i telefonie wie o wiele więcej niż przeciętny nauczyciel, który zgodnie ze wszystkimi szkolnymi zasadami telefon każe trzymać schowany, a inne sprzęty elektroniczne w najgłębszych czeluściach plecaka. I w obecnym systemie tak być musi i byłoby to chore pozwalać dzieciom bawić się tym na zajęciach.

Tylko, że problem polega na tym, że te wszystkie elektroniczne bajery i gadżety nas otaczają czy tego chcesz czy nie. I niektóre dzieci korzystają z nich ukradkiem, niektóre bez żadnego „nadzoru”… I zamiast wyciągać z tego co najlepsze, karmią się durnymi gierkami. Rodzicu! Uwierz mi, są gry, GRY i gierki. A ja już sto miliardów razy widziałam jak dziecko gra na tablecie (który prawidłowo użytkowany działałby o wiele lepiej i szybciej) w gry, które nic nie wnoszą do jego życia a jedynie zaśmiecają jego młody, chłonny umysł jak tv dorosłym. To w takim wypadku, lepiej to wszystko wyrzucić za okno i kupić memory. A ileż jest potencjału w tych sprzętach! Spójrzcie jak dzieci chętnie z tego korzystają (zapytaj swoją siostrzenicę co chce na urodziny). I 45 minutowe wykłady i ćwiczenia szkolne oddalają się coraz bardziej od rzeczywistego świata.

Ja się wobec tego w żadne państwowe placówki nie mieszam, bo zanim tam nadejdzie rewolucja, to moje wnuki już będą mieć swoje wnuki. Nawet gdybym jakimś cudem trafiła do szkoły na lekcje muzyki to nic wielkiego bym nie zdziałała. Zanim skończyłam studia wydawało mi się, że nosz kurde, są wymagania ale ja mogę po swojemu! Ja będę robić tak, że będzie wspaniale, że będę szanować uczniów, że będziemy robić takie rzeczy, które ich interesują, że nie będę korzystać z bzdurnego podręcznika (jestem przeciwnikiem podręczników do muzyki… i nie tylko). Guzik prawda. Liznęłam trochę takich spraw w różnych placówkach i z ręką na sercu, trzeba mieć niesamowicie silny charakter i być irytująco pewnym siebie żeby zaprowadzić choć malutką zmianę. Ja niestety taka nie jestem. „Powinna Pani ich więcej upominać”. „Pani jest jeszcze taka młodziutka, musi się Pani jeszcze nauczyć”. „Po zajęciach Pani rozda wam nagrody, dla tych dzieci, które były grzeczne”. Ja się nie czuję pewnie na takim gruncie. Raczej wszyscy myślą, że dzieci mi wchodzą na głowę. A ja po prostu mam większy zakres tolerancji i staram się zrozumieć przyczynę zachowania a nie karcić albo nagradzać. Nie chcę też krzyczeć i zastraszać. Ale dzieci są nauczone działać w ten sposób więc co ja jedna przez 30-45 minut mogę zrobić? I jeśli takie podstawowe rzeczy są na tak kiepskim poziomie, to gdzie tam w ogóle myśleć o tabletach, smartfonach i innych rzeczach? Myślę, że prywatne miejsca są w tym momencie o wiele bardziej sprzyjające dziecku w dzisiejszych czasach. I to jest przyszłość. Na pewno nie wszystkie, ale na państwowe nie ma co liczyć.

I tak naprawdę to my musimy nadążać dziś za dziećmi, a nie one za nami. Ich myślenie jest bardziej współczesne niż nasze. Świat zmieniają tylko niektórzy dorośli, a obracają się w nim wszystkie dzieci. Cała reszta nas powinna ugiąć głowę i pokornie próbować nadążyć, stwarzając najlepsze warunki dla rozwoju naszych kreatywnych pociech. Smutna prawda, ale jeśli jesteś nauczycielem, a przestałeś się rozwijać w jakikolwiek sposób (nie tylko szlifując swój charakter pisma w dziennikach), to wybacz, nie powinieneś uczyć mojego dziecka, bo ono ma lepsze pomysły niż Ty. I wie więcej o otaczającym je świecie.

<a href="http://www.freepik.com">Designed by Molostock / Freepik</a>