Fajnie. Na moich studiach miałam na każdym semestrze około 20 przedmiotów. Niektóre odbywały się więcej niż raz w tygodniu. Dawało to naprawdę setki godzin. Bardzo sobie chwalę uczelnię, w której studiowałam – solidnie mnie przygotowała do wykonywania zawodu.

Miliard przedmiotów i siedzenie w Akademii bardzo, BARDZO dużo. I również sporo praktyki. Generalnie większość przedmiotów było praktycznych – czyli naprawdę musiałam usiąść na ziemi i śpiewać piosenki i klaskać i tupać. Musiałam wykonywać razem z grupą ćwiczenia, które teraz wykonują dzieciaki pod moim okiem. Żadna akademia w Polsce nie jest na tak dobrym poziomie jeśli chodzi o edukację muzyczną jak ta w Katowicach. Z ręką na sercu – część wykładowców naprawdę uczy z pasją i można z tego czerpać pełnymi garściami.

ALE.

Bycie nauczycielem, nawet tym na 45 minut tygodniowo z tak „niepotrzebnego” przedmiotu jakim jest muzyka to nie tylko kwestie związane z samym przedmiotem. Po rozpoczęciu pracy w przedszkolu każdemu z nas otworzyły się oczy. Przez kilkadziesiąt minut masz pod swoją opieką gromadę indywidualności. Z których każde jest inaczej wychowane, miało inne życie, ma inną osobowość, inny dzień i nawet inny humor. Na które ktoś nawrzeszczał w domu rano, albo wpadło w tę wielką kałużę przed przedszkolem. Które wariowało i jest zmęczone albo takie, które się dopiero rozkręca. Takie, które Cię nie lubi i takie, które Cię uwielbia.

Ludzie złoci – nikt mi tego na studiach nie powiedział! Nikt nie wykładał przedmiotów związanych z wychowaniem. Były oczywiście zajęcia takie jak psychologia i pedagogika – ale nie korelowały one w żaden sposób z rzeczywistością. Ot, nudny wykład, który trzeba przeżyć. Raczej nie oparty na najnowszych badaniach i nie dotyczący konkretnie umysłu dziecka tylko ogólnych zagadnień.

Do tego jak pracować z jednym uczniem na zajęciach musiałam dojść sama. I wciąż się edukuję na ten temat. Ale robię to już parę ładnych lat, wobec czego co nieco sobie wypracowałam. To nie tak powinno wyglądać. Najchętniej wyrzuciłabym całą tę psychologię i inne wuefy z przedmiotów obowiązkowych na studiach, a uczęszczała na warsztaty związane z wychowaniem – te o stawianiu granic, te o potrzebach, te o postrzeganiu spraw oczami dziecka. I oczywista oczywistość – o komunikacji, bo to w naszym społeczeństwie chyba szwankuje najbardziej.

Czemu nie uczą nas takich rzeczy? Jakimi bylibyśmy wspaniałymi nauczycielami – gdyby obok przedmiotów związanych z naszym zainteresowaniem powiedziano nam jeszcze jak postępować z młodymi, młodszymi i jeszcze młodszymi ludźmi?

Jakimi byśmy byli wtedy nauczycielami?

Takimi od A do Z.

Dziecko to nie papier nutowy, który można dowolnie zapisać muzyką. Zawsze myślałam, że każde dziecko ma jakiś tajemniczy szyfr, po złamaniu którego mogę się z nim dogadać. Teraz wiem, że tym szyfrem są jego potrzeby. Czym dziecko jest starsze, tym trudniej się tych potrzeb domyślić – bo są coraz bardziej złożone i różnorodne. Za to łatwiej się o to zapytać.

Edukacja muzyczna na Akademii w Kato to fajny kierunek – z tego co rozmawiam z ludźmi jeden z lepszych W OGÓLE. Przypuszczam, że na innych uczelniach tematy, o których przed chwilą pisałam również nie są poruszane (cały czas mowa o kierunkach, po których się uczy). Pewnie też trzeba obkuć psychologię, pedagogikę i zdać te wszystkie zagadnienia. I filozofię najlepiej.

Nie są poruszane – bo poznałam młode nauczycielki tresujące dzieci nagrodami i wrzeszczące na nie na cały głos. Bardzo chciałabym to zmienić – załatwić wszystkim nauczycielom komplet książek do przeczytania i miejsca na warsztatach. Chciałabym, żeby w każdej szkole i przedszkolu szanowano tych małych ludzi zwanych dziećmi.

Chciałabym no i cóż, czeka mnie długa droga żeby cokolwiek zmienić. Pociesza mnie jednak fakt, że ludzie się budzą. Coraz więcej inicjatyw, warsztatów, książek i pomysłów.

Zachęcam wszystkich nauczycieli do bycia „pełnymi” – edukowania się jeszcze troszeczkę w tym zakresie jak naprawdę dotrzeć do malucha respektując go jako (być może małego, ale wciąż) CZŁOWIEKA.