1

I naklejki, buźki, serduszka i motywatorki. Jak wiecie uczę fortepianu z ogromną pasją i ciągle sama się uczę jak robić to jeszcze lepiej. Wiem, że dzieci chętnie przychodzą na moje zajęcia i co rusz się cieszę, jak rodzice mówią, że dziecko w domu siada do instrumentu z przyjemnością. Ostatnio jednak przyszedł do mnie pewien Rodzic, który zmusił mnie do kilkutygodniowych rozmyślań.

Rodzic ów, poprosił mnie abym nagradzała jego dziecko (wiek 6 lat) buźkami albo innymi naklejkami za przygotowanie do zajęć i za pracę na zajęciach. Zdziwiło mnie to, bo dziecko zawsze z uśmiechem na ustach pracowało, a w domu z tego co wiem od rodziców (i co widzę po efektach), rzetelnie ćwiczy. Po co więc te naklejki?

Po uzbieraniu dziesięciu, miał być prezent – metronom. Super! Metronom bardzo się przyda. Ale te naklejki nie dawały mi spokoju. Niby fajnie, każde dziecko lubi coś zbierać i jeszcze potem nagroda. Zaczęłam zgłębiać temat, doszłam do tematów kar, nagród i chwalenia. O karach jako przestarzałym, nieskutecznym systemie jest już mnóstwo artykułów. Może kiedyś poruszę ten temat jak to się ma do nauczania.

Otóż, okazuje się, że nagradzanie może być niebezpieczne. Istnieją dwa rodzaje motywacji – wewnętrzna i zewnętrzna. Motywacja zewnętrzna to stan, kiedy chcesz się czegoś nauczyć żeby dostać dobry stopień. Nawet jeśli lubisz dane zagadnienie czy przedmiot, bardziej chodzi o stopień. Ja osobiście jestem tym bardzo skażona – oceny (mimo, że wmawiałam wszystkim, że tak nie jest) miały dla mnie ogromne znaczenie. A czym byłam starsza, tym większe. Na studiach ciosem prosto w serce było kiedy dostałam dobry plus z egzaminu dyplomowego z prowadzenia zajęć audycji muzycznych w szkole muzycznej. Kto, ja?! Jakim cudem! Przecież nauczanie to całe moje życie. No tak, ale wzięłam dla siebie osobiście najtrudniejszy temat – praca w grupie około-gimnazjalnej. Wówczas jedyne doświadczenia jakie miałam za sobą pochodziły z praktyk, i były to doświadczenia negatywne. Plus stres, bo naprawdę na niczym innym mi nie zależało, jak udowodnić INNYM, że jestem najlepsza. INNYM. Kurde, normalnie wiem wszystko co robić, ale ta presja INNI była za duża. I motywacja zewnętrzna bardzo się łączy z INNYMI. Bo to INNI coś o mnie uważają, INNI mnie oceniają i stwierdzają na jakim poziomie jestem. Wydaje mi się to trochę chore. Teraz, kiedy od tygodnia leżę w łóżku, a ponad dobre pół roku nie studiuję, wobec czego nie mam kontaktu z ludźmi, którzy mnie wtedy egzaminowali – JAKIE TO MA ZNACZENIE co dostałam z przeklętego egzaminu? Robię zupełnie inne rzeczy, uczę na swój sposób i wiem, że robię ok. Bo po przemyśleniach już wiem co jest takie ważne dla rozwoju i komfortu psychicznego:

Motywacja wewnętrzna. O tak. I właśnie na tym tak bardzo mi zależy w pracy z dziećmi, a odkryłam i nazwałam to dopiero niedawno. Od zawsze czułam, że ocenianie nie jest ok. Właściwie od samego początku, kiedy zaczynałam uczyć w Ognisku Muzycznym, czułam, że to ocenianie jest zbędne. Nie podejrzewałam jeszcze wtedy, że szkodliwe. Ile razy słyszałeś taki tekst?

Nie uczysz się dla mnie czy dla ocen tylko dla siebie.

No to powiedz mi, dlaczego w takim razie dostajesz za to oceny, naklejki, czy buźki? I to od najmłodszych lat. I tak już jesteś w tym całym systemie motywacji z zewnątrz i zależny od opinii ludzi, którzy tak naprawdę odejdą i których nie obchodzisz aż tak bardzo jaką wagę do tego przywiązujesz.  Zastanów się – czy jest w ogóle możliwość wyrwania się z tego, skoro przez całe życie ktoś Ci pociskał naklejki a ty z zapałem maniaka kolekcjonowałeś te słoneczka i chmurki?

W jednej ze szkół, w których miałam okazje pracować, w klasach od 1-3 wisiała taka wielka, piękna tablica z symbolami zachowania. Za ileś tam serduszek było słoneczko, za ileś smutnych buziek chmura gradowa. I wiecie co? Patrzałam sobie na tych wszystkich Brajanków i Nicole i zauważyłam taką zależność – jeśli Brajan miał burzową chmurkę na początku, to burzowa tendencja utrzymywała się do końca roku. Jeśli Nicole miała serduszko to rychło zamieniało jej się to w słoneczko. Dla mnie wniosek jest absolutnie oczywisty – TO NIE DZIAŁA. To tylko uzależnia od opinii innych o naszym zachowaniu. Czyli jakiejś tam powierzchowności, bez spojrzenia w głąb, do przyczyny. Bez rozmowy. Sucha ocena, którą jeszcze każdy może zobaczyć. Wisi na tablicy, cała szkoła robi sobie opinię „Brajan to niegrzeczne dziecko”. Słyszeliście coś o samospełniających się przepowiedniach? Brajan też o sobie myśli, że jest niegrzeczny. Taką dostał metkę, a często to nie jego wina, tylko szkoły, rodziców, emocji, z którymi sobie jeszcze nie radzi, energii, która go rozpiera a w obecnym systemie niezbyt ma gdzie bezpiecznie ujść.

W przedszkolu, w którym obecnie pracuję rozdaje się motywatorki – czyli naklejeczki. Jak dzieci widzą już worek z naklejkami, to MOMENTALNIE zachowują się „grzecznie”. Nie wiem co masz na myśli, widząc słowo „grzecznie” dla mnie to jest tyko tyle, żeby mi nie przeszkadzały w zajęciach. Czyli nie zaczepiały innych, ani nie robiły krzywdy nikomu, żeby na mnie nie wskakiwały. Mogą sobie siedzieć i nie uczestniczyć, nie śpiewać. I tak do nich trafia maksymalnie dużo – serio. No i powiedzcie mi, jaki sens mają te naklejki? Dzieci uczą się przez to, że warto być grzecznym tylko, kiedy można coś dostać. Warto nie dokuczać innym tylko, kiedy mamy z tego jakąś korzyść. Czy Wy to pojmujecie, jak bardzo wszyscy jesteśmy tym przesiąknięci? Oczywista oczywistość, że jedni są bardziej empatyczni, drudzy mniej, na to się składa miliard czynników, ale póki sobie nie uświadomimy jak wychowujemy nasze dzieci i jak wpływało podobne wychowanie na nas, to nie będziemy do końca świadomi naszego postępowania. I wiele dzieci mogłoby być lepszymi dorosłymi. (Lepszymi w znaczeniu – o większym sercu).

Ale wróćmy do nagradzania nie zachowania, tylko pracy ucznia. Pracując z dzieckiem załóżmy sześcioletnim, indywidualnie, mam tę możliwość aby dostosować tempo pracy do danego osobnika. Mogę dostosować również ćwiczenia, mam czas, żeby z nim rozmawiać o tym co jest ważne, po co gramy, co nam da granie poza tym, że będziemy potrafili zagrać jakiś utwór… Ja o tym mogę rozmawiać z małymi dziećmi one to zrozumieją. Mogę o tym mówić rodzicom. I tak uczone dziecko znajdzie radość w samym pokonywaniu przeszkód, satysfakcję – o niebo większą niż tę, która jest podparta motywatorami zewnętrznymi. Zadowolenie ze swojej ciężkiej pracy.

Inna inszość jest taka, że naklejki po jakimś czasie się znudzą. Musiałyby być coraz lepsze, albo prezenty coraz większe. Za pierwsze 10 buziek dziecko dostało metronom. Za następne 10 może nowy instrument, albo wyjście na koncert. A za kolejne 10 czekoladę. Czekoladę? To się przestaje zupełnie opłacać…

Dzieci, które prowadzę od początku i których rodzice nie podchodzą do zajęć fortepianu jako zapychacza czasu i poświęcają swoją uwagę dziecku przy ćwiczeniu rozwijają się znakomicie. Są zadowolone z tego, że kiedy nad czymś pracują to przynosi to efekty. Doznają sukcesów, które je cieszą same w sobie i porażek, których nikt nie potęguje złą oceną. Powiedzcie mi, po co dzieci dobijać kiedy im się coś nie uda? Wystarczy, że pomożemy im uświadomić sobie co poszło nie tak i jak można to zrobić lepiej.

Natomiast, żeby nie było tak kolorowa metoda rozmawiania bez nagradzania czy wlepiania dwój o problemach czasem nie przynosi żadnych efektów. I obwiniam za to rodziców i trochę siebie. Po pierwsze: rodzice nie traktują na poważnie tego, czym zajmuje się ich dziecko. Nie siadają z nim do fortepianu (lub innych zajęć, na które trzeba przeznaczyć czas w domu), nie interesują się, na zajęciach siedzą na korytarzu i nic nie wiedzą, albo w sali i przeszkadzają hasłami „no zagraj tak, jak Pani mówi”, „źle! W domu grałeś to lepiej”, „jak nie będziesz się skupiał, nie dostaniesz nagrody” (chamskie przekupstwo). I w konsekwencji nie wynoszą z moich zajęć nic, bo załamują się tylko swoim dzieckiem. Czemu winię trochę siebie? Rzadko kiedy starcza mi odwagi na rozmowę z rodzicami. To mój problem. Jestem zwolenniczką myślenia, że każdy żyje po swojemu, jak potrafi najlepiej i moje gadanie byłoby po prostu wchodzeniem z buciorami w czyjeś metody wychowawcze. Nie znam każdej rodziny dokładnie, głupio mi oceniać sytuację – kazać komuś siedzieć z dzieckiem przy fortepianie, kiedy ten ma na przykład dom na głowie, chorego w rodzinie i czwórkę innych dzieci i milion innych problemów. Z drugiej strony chodzenie na same zajęcia ma niewielki sens. Większe korzyści dzieciak miałby z chodzenia na plastykę. Jeśli nie chce zostać plastykiem, to jest to świetna, twórcza zabawa, poznawanie nowych technik, eksperymentowanie. I o tym wszystkim mi trudno mówić rodzicom i jeśli któryś z nich podchodzi do zajęć fortepianu zupełnie biernie, to już w ogóle nie mam odwagi.

Co do młodzieży i dorosłych – dawanie ocen za lekcje wydaje mi się dziko infantylne, a jednak gimnazjaliści i licealiści dostają je wciąż. Na zajęciach grupowych jakoś to można jeszcze zrozumieć, nie da się rozmawiać z każdym osobno, niestety nie ma czasu. To leży w gestii rodziców. W ogóle poważna rozmowa, to najważniejsza rzecz jaka może przytrafić się ludziom. Ale na zajęciach indywidualnych? Przecież jeśli dana osoba chce coraz lepiej grać na fortepianie i usłyszy, że należy ćwiczyć codziennie to będzie ćwiczyć. Jeśli nie będzie, to znaczy, że jej nie zależy, że w hierarchi ważności fortepian jest gdzieś tam niziutko. I co taki ktoś zyska na tym, że wlepię mu dwóję? Absolutnie nic. Zepsuję jej trochę dzień.

Nie lubię ocen. Nie lubię buziek, ani gwazdeczek ani serduszek, słoneczek ani chmurek. Nie lubię motywacji zewnętrznej, nie lubię, kiedy dziecko cieszy się nie tym, że zrobiło coś dobrze, w co włożyło swoją pracę tylko tym, że je ktoś pochwali. Nie lubię chwalić. Nie lubię ganić.

Lubię rozmawiać.